czwartek, 21 kwietnia 2016

Soelden, marzec 2004

Mam dwa wolne miejsca w Soelden, jedziesz?” – w taki właśnie sposób pewnego styczniowego poranka zachęcił mnie znajomy Ślązak, rowerowy pobratymca. O spędzeniu narciarskiego tygodnia w Alpach myśleliśmy z żoną już od kilku miesięcy, ale wciąż nie mogliśmy się zdecydować co do miejsca i czasu pobytu. Tomek, swoim niespodziewanym mailem, bardzo pomógł nam w podjęciu decyzji.

Soelden? Co to takiego, gdzie to jest? Szybkie google. Tak, to jedna z bardziej prestiżowych stacji austriackich, położona w dolinie Oetztal w pobliżu Innsbrucka, możliwość jazdy na lodowcu powyżej 3000 m, najważniejsze trasy zaczynają się od 2300 m. A więc wysoko, rozmaicie. Zapowiada się prawdziwa uczta narciarska – niestety też drogo: 6-dniowy karnet kosztuje 183 Euro!

W sobotę 12 marca, ok. godz. 6-ej wyjeżdżamy z Krakowa. W Chorzowie “doładowujemy” naszych śląskich, dużo od nas młodszych kompanów: Kasię i Tomka. Jedziemy w czwórkę jednym, na szczęście dużym, Passatem Combi.

303_0336.JPG

Trasa wiedzie przez Cieszyn, Czechy, ze słynnym punktem alkoholowego zaopatrunku – granicznym Znojmo.

302_0279.JPG




W tutejszych alkoholowych zakupach więcej jest rytuału niż autentycznej kalkulacji, ale każdy ulega tej swoistej psychozie. Osobiście też jej uległem i kupiłem małą butelkę ulubionej Beherovki. :) 







Szybko ubywają kilometry – chcemy ambitnie dojechać do celu jeszcze dziś ok. 18-ej. Jakieś 150 km przed celem z niepokojem wsłuchujemy się w dziwne piski dochodzące z silnika. Rozrząd czy “tylko” alternator? Już na miejscu okaże się, że alternator – nic poważnego. Za Innsbruckiem skręt w dolinę Oetztal i ok. 19-ej dojeżdżamy do naszej kwatery w Langenfeld.

IMG_0003.JPG

Okazuje się sympatyczna i wygodna. Do Soelden mamy stąd ok. 15 km. Rano startujemy wcześnie, dobrze przed 9-tą. Chcemy uniknąć tłumów, które gromadzą się później przy dolnych stacjach. Parkujemy (cały czas będziemy dojeżdżać samochodem, choć dostępne są bezpłatne busiki) na bliższej stacji Giggijochbahn. Kupujemy karnety i zaczynamy naszą narciarską przygodę.




Ogromny narciarski kompleks Soelden można podzielić na dwa, w zasadzie odrębne, rejony: łatwiejszy, ale umożliwiający dostęp do lodowców – Giggijoch i trudniejszy, mniejszy – Gaislachkogl.



Istniejące między nimi połączenia krzesełkowe, choć możliwe do wykorzystania, są, przynajmniej w stronę Gaislachkogl, dość żmudne i powolne. Przez pierwsze dni większość czasu spędzaliśmy na Giggijoch, później częściej jeździliśmy na Gaislachkogl. Spróbowaliśmy chyba wszystkich dostępnych tras, od najłatwiejszych do najczarniejszych. Pogoda okazała się znakomita – przez wszystkie dni mieliśmy pełne, słoneczne niebo. Tylko w pierwszym dniu plątało się po nim kilka nieśmiałych chmurek. Temperatura bardzo nam sprzyjała, nie za ciepło, nie za zimno, choć te bardziej nasłonecznione trasy, pomimo dużej wysokości, stawały się po południu nieco grząskie. Przygotowanie tras znakomite. Doprawdy trudno doszukać się szczegółów czy okoliczności niekorzystnych, może z wyjątkiem – pomimo wcześniejszych przygotowań – braków kondycyjnych, które skutecznie broniły nas przed narciarskim przesytem ;).

Giggijoch

Tak więc pierwsze dni zaczęliśmy od łatwiejszego Giggijoch, 2284 m, na który prowadzą z parkingu szybkie kilkuosobowe wagoniki. Na stacji przeładunkowej panuje spory tłok – tu spotyka się wiele tras, stąd też kolejne wyciągi wiodą w kierunku lodowców.
IMG_0006.JPG





Tu dochodzi także do niespodziewanych spotkań.

P3159925.JPG








Niebieskie trasy 13 i 15 są bardzo zaludnione, ćwiczą tu całe grupy nowych adeptów narciarstwa, zwożą się mniej doświadczeni czy też szukający większego komfortu, narciarze. 







W prawo prowadzi całkiem atrakcyjna trasa czarna (z wariantem muldziastym), której trudność oceniłbym co najwyżej na purpurową, a w lewo – krzesełko wyjeżdżające na Rotkeglhutte 2662 m. Po dotarciu na górę, nieco wyżej, po prawej, widać uroczą, małą kapliczkę wzniesioną Bóg wie kiedy przez tutejszych górali. Nietypowy akcent w świecie mechanicznych wyciągów, ratrakowanych tras, wygodnych i tłumnych restauracji.

303_0310.JPG

Prócz podziwiania pięknych widoków możemy puścić się w dół czerwoną 11-ką lub 12-ką – jednymi z bardziej atrakcyjnych i kompletnych w całym zespole Soelden. Długa, urozmaicona 11-ka prowadzi nas aż do miejsca, w którym możemy się “przesiąść” na drugi kompleks – Gaislachkogl albo wrócić szybkim krzesełkiem do Rotkeglhutte.





Jeżeli decydujemy się “przeć” w stronę lodowców czeka nas jeszcze sporo zachodu i... czasu, ponad godzinę. Najpierw niebieską 23-ką (początek jest całkiem czerwony) zjeżdżamy do dolnej stacji kolejnego krzesełka. Niech nie skusi nas, początkowo łatwa, dochodząca tu czarna 25-ka. Stroma i muldziasta – bardzo męcząca przy grząskich warunkach. Podjeżdżamy więc krótkim krzesełkiem po to, by zaraz przesiąść się do wagoników... trawersujących zbocze, a nawet lekko zjeżdżających w dół. Zaskakujące rozwiązania. 

Dojeżdżamy do stacji Rettenbuch 2684 m. Rozległe miejsce pełne jest różnorakich atrakcji. Mamy tu dwie restauracje, wielkiego słonia lodowego, zimowy stadion, a nawet dochodzącą z samego dołu, na ogół przejezdną o tej porze roku, choć nie dla zwykłych śmiertelników, krętą drogę asfaltową. Obok niej poprowadzono wygodną i nudną nartostradę, którą zjeżdżałem z obolałymi nogami w ostatnim dniu pobytu. 

P3169939.JPG



Z góry schodzi stroma, niezbyt długa, mocno czerwona i nieco zdradliwa 15-ka (słabo widoczny z góry uskok w ok. 1/4 trasy). Podobno corocznie odbywają się tu puchary. Z lewej zaś strony dochodzi, trawersująca lodowiec, niebieska 33-ka, ale o niej za chwilę.





Pniemy się dalej. Charakterystyczną “załamaną” (w 1/3 podjazdu zmienia kierunek jazdy) kolejką dojeżdżamy w górne partie pierwszego lodowca – Rettenbach. Tutaj warto co najmniej raz zjechać niebieską 35 wzdłuż orczyku. Łatwo, rozłożyście, równiutko – pyszna zabawa. Do tego jeździmy po prawdziwym lodowcu! Pokosztowawszy pierwszego lodowca kierujemy się w stronę drugiego. Droga do niego prowadzi przez tunel wykopany w poprzek góry. Czego nie robi się dla miłośników białego szaleństwa, a ściśle biorąc – dla ich kasy (tunel nosi nazwę, a jakże, “Skitunnel”). Tunelem, pomagając sobie kijkami (kto je ma) docieramy do drugiego lodowca – Tiefenbach.

Lodowiec Tiefenbach stanowi właściwie małą osobną domenę narciarską. Znajdziemy tu nowoczesną kolejkę linową, dwa orczyki, jeden wyciąg krzesełkowy. Jeździmy bardzo wysoko pomiędzy 2800 i 3200m.

P3189586.JPG




Z góry roztacza się piękna panorama, zwłaszcza ze specjalnie wybudowanego, wychodzącego w przepaść pomostu







Widać dalekie stacje włoskie, z drugiej strony – austriackie, a wszędzie pełno rozmaitych Alp :).

P3189588.JPG



Najlepsza jest niebieska 38-ka z możliwymi drobnymi wariantami. Spokojna, niezbyt stroma ze świetnym, ze względu na dużą wysokość, śniegiem. 







Jeżeli się nam znudzi, możemy wygramolić się powolnym krzesełkiem i zjechać wzdłuż jednostronnie nachylonej w prawo czerwonej 36-ki. Możemy też, gasząc pragnienie zimnym piwkiem i obserwując zjeżdżających, opalać się na rozległych tarasach przy dolnej stacji kolejki.

Pora wracać, tym bardziej, że niektóre odcinki musimy pokonać wyciągami. Lepiej nie spóźnić się na ostatnią jazdę. Zaczynamy od wyjazdu powolnym krzesełkiem, tym samym, które poprzednio umożliwiało zjazd czerwoną 36-ką. Niestety jest to jedyna droga powrotu, nie da się wrócić tak, jak przybyliśmy – tunelem, tym bardziej więc dziwi powolność i względna nienowoczesność oblężonego pod koniec dnia wyciągu. Dalej zjeżdżamy niezłą czerwoną 34-ką, która w pewnym momencie przechodzi w łagodny, ale wąski niebieski trawers 33

IMG_0051.JPG




I to nie byle jaki, bowiem trawers stanowi wcięcie w żywym lodzie lodowca Rettenbach.








Po kilku zjazdach i przesiadkach docieramy wreszcie do Giggijoch, skąd zaczynaliśmy całe dzisiejsze jeżdżenie. Dla tych co wciąż jeszcze nie mają dośyć, proponuję zamiast wygodnych wagoników, zjazd czerwono-czarnymi kombinacjami tras 20, 21, 22. Przydaje się technika klasyczna, zwłaszcza na wąskich odcinkach leśnych w dolnych częściach. A pierwszy odcinek czarnej 20-ki jest naprawdę stromy.

Gaislachkogl

Jak wspomniałem wyżej, drugi kompleks – Gaislachkogl można traktować jako zamkniętą, niezależną całość. Nie ma tu – z małymi wyjątkami – łatwych, niebieskich tras, a niektóre z tych czarnych potrafią być naprawdę bardzo czarne. Trafiliśmy na dobre warunki śnieżne, ale łatwo sobie wyobrazić, że przy dużym oblodzeniu zdarzają się tu liczne “niespodzianki”. Samochód parkujemy kilka kilometrów dalej niż poprzednio, w Gaislachkoglbahn i wywozimy się na stojąco w dużych kilkudziesięcio osobowych wagonach do stacji Mittelstation, 2178 m. Tu czekają na nas trzy możliwości. W lewo, krzesełkiem, docieramy do punktu, z którego możemy wrócić zjeżdżając jedynie z prawdziwie czarnych tras 3. Jedna z jej odnóg ląduje tuż przed rozłożonymi stolikami restauracji na świeżym powietrzu. Piszącemu te słowa zdarzyło się nawet niechcąco “wylądować” pomiędzy stolikami. Zamiast wracać czarną 3-ką, możemy, ale tylko raz, dla poznania, zjechać w lewo czerwoną 2-ką. Długo i niezbyt ciekawie. Za to najbardziej smakowite, moje ulubione, stanowiące cloue tej części Soelden, są czerwone trasy 4 i 5 położone na prawo od Mittelstation. To druga, według mnie najlepsza, opcja jazdy na Gaislachkogl. Zwłaszcza przypadła mi do gustu 4-ka: szeroka, dość stroma, umiarkowanie wymagająca. Mało tu ludzi, można próbować, nie wadząc nikomu poza samym sobą :), różnych technik: od klasycznych do najbardziej fun carvingowych. I wreszcie trzecia możliwość. Z Mittelstation trzeba koniecznie wyjechać kolejką jeszcze wyżej, na sam szczyt Gaislachkogl 3058 m. Stąd podziwiać możemy wspaniałą 360-stopniową panoramę. Jesteśmy, i bardzo dobrze to czujemy, w samym sercu Alp. W dół prowadzi tylko jedna trasa, czerwona 1-ka

P3199637.JPG




Początkowo jest wąska i stroma, trochę przypomina górę kotła Gąsienicowego na Kasprowym, potem odcinki łatwe przeplatają się z trudniejszymi. W środkowym odcinku trasa przechodzi we wspomnianą wyżej, moją faworytę – czerwoną 4-kę.



Szybko upłynął nam czas. Prócz narciarskich specjałów kosztowaliśmy też te spacerowe. Wieczorami pochodziliśmy trochę po samym Soelden i naszym czyściutkim, śliczniutkim Langenfeld.

P3160003.JPG





Wszystko tu: domy, ulice, hotele, restauracje, kościółki wydaje się wymuskane, nieskazitelne. Co za ludzie tu mieszkają? ;) Porzucona w potoku narta brzmi jak dysonans w ogólnym wrażeniu czystości i ładu. Szkoda wyjeżdżać. Podróż powrotną odbyliśmy szybko i sprawnie bez żadnych komplikacji.








Komentarze

Nie żałujemy wydanych pieniędzy. Naprawdę jest gdzie poszaleć, a gdy do tego – tak jak nam – dopisze pogoda, można mówić o narciarskim spełnieniu. Takiego uczucia nie osiągnie się nigdy, w nawet najlepszych polskich czy słowackich ośrodkach. Trasy są różnorodne, pasujące do wszystkich upodobań i umiejętności, choć chyba nie jest to najlepsze miejsce do stawiania pierwszych narciarskich czy deskowych kroków. Trochę nużący wydaje się dojazd do lodowców – pole usprawnień dla gospodarzy – ale po dotarciu do nich nikt nie żałuje straconego czasu.

Spodziewałem się pokazu mody w ubiorze i sprzęcie. W końcu Soelden to jedna z droższych, bardziej renomowanych alpejskich stacji. Nic takiego nie zauważyłem. Odniosłem wrażenie, że ludzi jeżdżą na sprzęcie jaki przypadkowo kupili lub pożyczyli ubierając na siebie to, co właśnie wpadło im w ręce. A może tylko mnie się tak wydawało albo taka właśnie jest moda ;). Spotykało się ludzi w różnym wieku, niemało również w tym trzecim. Mało było dzieci i młodzieży – wyraźnie trafiliśmy na okres poza feriami szkolnymi.

Przeciętny poziom zjeżdżających oceniłbym moim instruktorskim okiem jako niezły, choć bez wyraźnych wyskoków w żadną stronę. Niewiele widziało się ludzi stosujących czystą technikę skrętu ciętego, a na palcach jednej ręki, choć warunki na to pozwalały – narciarzy jeżdżących długimi skrętami carvingowym, nie wspominając o samym fun carvingu. Czyżby była to tylko polska specjalność często obserwowana na zatłoczonych pólkach Białki Tatrzańskiej czy Rabki? Stosunkowo mało widziało się też snowboardzistów, ale niektórzy z nich, zwłaszcza ci jeżdżący poza trasami, robili to znakomicie.

Kolekcję zdjęć z mojego podpsutego (nieostre zdjęcia przy zbliżeniach zooma) cyfraka, wzbogaciłem kilkoma ujęciami Tomka z jego znacznie lepszego Olympusa. Zrobiłem to w celu lepszego udokumentowania naszego pobytu. Łatwo przekonać się które zdjęcia są które: te lepsze - Tomka. :)

Do widzenia gościnnemu Soelden. Może jeszcze kiedyś tu wrócimy.